Jabłko

 

               Rosła na skraju naszego osiedla i była jedyną jabłonią wśród nowych bloków. Należała do wszystkich mieszkańców, a więc w gruncie rzeczy była niczyja i nikt o nią nie dbał. Dzieci wspinały się na nią, obłamywały gałęzie i obtrącały owoce. A ona mimo to trwała uparcie na swoim miejscu, jak to z takimi półdzikimi drzewami bywa. Ponieważ od dołu była systematycznie niszczona, utworzyła koronę wysoko nad ziemią i wyglądała jak rozłożona parasolka na długiej rączce.

               Nadeszła jesień. Jabłek na drzewach już nie było, a z tego „osiedlowego drzewa” już nawet liście opadły. Jednakże na jednej z najwyższych gałęzi wisiał dorodny  owoc. Widać go było z daleka, bo złocił się w słońcu niczym gwiazda na niebie. Ludziska spoglądali na jabłko łakomie, ale ono wisiało na tyle wysoko, że zerwać go lub strącić nie było łatwo i nawet nikt się do tego nie zabierał.

               Wszystko jednak do czasu.

               Jakoś pod koniec października zainteresował się owym jabłkiem kaleki mężczyzna, Pan Dzidek, mieszkający w tej okolicy i przechadzajcy się często alejką obok „naszej, czyli niczyjej” jabłonki. Pan Dzidek jedną nogę miał krótszą i skrzywione barki, a twarz jego była chuda i blada. Zatrzymywał się wiele razy przy tej jabłoni, opierał się o jej pień, długo spoglądał w górę ku jabłku, rozmyślając zapewne o tym, jakby go pozyskać.

               Wreszcie któregoś z kolejnych dni Pan Dzidek postanowił jabłko strącić. Na początek rzucił kilka razy kamieniem, ale bezskutecznie. Stanął trochę zniechęcony, ale za chwilę spróbował ponownie. Teraz wiele kamieni poleciało w powietrze, niektóre nawet blisko celu.. Zanim się spostrzegł, obstąpili go mali chłopcy, chętni do doradzania i pomocy. Pan Dzidek nie miał jednak do nich zaufania ani ochoty na współpracę. Obawiając się tych wspólników, przerwał rzucanie i odszedł

               Zbliżał się wieczór, chłopcy rozeszli się do domów, a Pan Dzidek znowu się zjawił. Tym razem przyniósł ze sobą krótki patyk i nim rzucał w stronę jabłka. Patyk jednak przelatywał przeważnie pod gałęzią, a za którymś razem rzucony mocniej, zatrzymał się w koronie drzewa. Wtedy Pan Dzidek poszukał kolejnego kija i znowu próbował. Szybko się jednak męczył, co jakiś czas przerywał rzucanie i odpoczywał. W pewnym momencie usiadł nawet pod drzewem i wypalił papierosa. Podniósł się, zdjął wierzchnie ubranie i znowu „zaatakował”.

               Robiła się już „szarówka”, kiedy bardzo zmotywowany Pan Dzidek trafił wreszcie kijem we właściwą gałąź. Jabłko ku jego radości oderwało się i zaczepiając o gałęzie spadło na ziemię. Już zbliżał się do swojej zdobyczy, już pewnie wyobrażał sobie jego słodko-winny smak, gdy nagle zjawił się młody „wilczór”. Zanim Pan Dzidek zdążył się schylić, chwycił jabłko w swój wielki pysk. odbiegł zupełnie niedaleko, zaledwie parę kroków i pożarł go.

               Panu Dzidkowi łza spłynęła po bladym policzku. Przygnębiony, chwilę jeszcze pozostał na miejscu, po czym zebrał swoje „szmatki” i powlókł się w głąb osiedla mamrocząc coś pod nosem.

               Ps. „Kto nie ma szczęścia, to i w kościele go okradną”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *